Wkładamy maksimum zaangażowania, maksimum ambicji

5 Listopada 2006, godzina 15:18, autor:

Rozmowa z Piotrem Brzezińskim - trenerem Stali Rzeszów - o minionej rundzie, wrażeniach dotyczących pracy w Rzeszowie, planach na przyszło

Rozmowa z Piotrem Brzezińskim - trenerem Stali Rzeszów - o minionej rundzie, wrażeniach dotyczących pracy w Rzeszowie, planach na przyszłość oraz jego własnych osiągnięciach piłkarskich oraz trenerskich.

- Oczywiście zostaje Pan w Rzeszowie na rundę wiosenną...?
- Umowa podpisana przeze mnie latem obowiązuje przez rok, a ponieważ na razie nic mi nie wiadomo, żeby coś miało być zmieniane, więc porozmawiamy jeszcze z prezesem o sprawach związanych z rundą wiosenną i wszystko powinno być dobrze.
- Uspokoił Pan kibiców, w tym nas, więc możemy przejść do poruszenia kolejnych kwestii. Jak ocenia Pan pokrótce przebieg minionej rundy? Piąte miejsce chyba nie jest szczytem marzeń...?
- Miejsce nie jest istotne. W czołówce jest dosyć ciasno. Dla mnie ważny jest fakt, że mamy 6 punktów straty do lidera i punkt straty do miejsca gwarantującego występ w barażu. Uważam, że oba dystanse są do odrobienia. Tym bardziej, że 8 na 15 spotkań rozgrywamy u siebie, i prawie wszystkich teoretycznie najgroźniejszych rywali (Motor, Kolejarz, Górnik) podejmujemy na stadionie przy ulicy Hetmańskiej. Jesienią z pewnością potraciliśmy niepotrzebnie parę oczek. Parokrotnie wygrywaliśmy natomiast tam, gdzie nie dawano nam szans. W Nowym Sączu, Zamościu... Okazało się, że nigdy nie można przedwcześnie ferować wyroków.  

- Punktów straconych, w których meczach najbardziej żal?
- Z pewnością najdotkliwsze były porażki na własnych śmieciach. Zarówno z Wierną, Koroną, jak i remis z Orlętami. W każdym z tych pojedynków liczyłem na zwycięstwo.

- Zadowolony jest Pan z pracy w Rzeszowie? Jak układa się Panu współpraca z "górą"?
- Na pewno zdobyłem sporo doświadczenia. Poznałem miasto i klub z tradycjami. Kilka rzeczy bez wątpienia można by poprawić - zarówno ja w swojej pracy, jak i zawodnicy i reszta zespołu organizacyjnego - działacze, prezesi. Wszyscy muszą wyciągnąć wnioski z dotychczasowej pracy i postarać się jak najwięcej ulepszyć. Nie narzekam, ale nie ma tak dobrze, żeby lepiej być nie mogło. Zgrzytów żadnych nie było pomiędzy mną a włodarzami. Tadeusza Kwiecińskiego znam od dawna, Jacek Szczepaniak okazuje się być młodym, rozsądnym człowiekiem. Nieco inny charakter ma natomiast wiceprezes Lech, z którym zdarzyła mi się mała różnica zdań po meczu z Wierną, ale to w żadnym wypadku nie był żaden konflikt.

- A były momenty zwątpienia?
- Często po porażkach przychodzą takie trudne chwile, wszystkiego się odechciewa. Jednak, jeśli człowiek, tak jak ja, tyle czasu już się zajmuje piłką to budzi się na nowo i motywacją do dalszego działania jest chęć odrobienia poniesionych strat. Zwycięstwo natomiast zawsze dodaje skrzydeł i pozwala na optymistyczne spojrzenie w przyszłość. Przygnębiony z pewnością byłem po przegranej z Motorem, po której czołówka niebezpiecznie się oddaliła. Także pierwszy mecz w Wieliczce nie spełnił moich oczekiwań. Gdybym wtedy o zespole wiedział tyle, co teraz, to z pewnością byśmy tamto spotkanie inaczej rozegrali. Poza tym zawsze trzeba wierzyć do samego końca. Wiara pozwoliła nam w końcówce pokonać Okocimskiego i rozpocząć lepszą passę.

- Ale nie żałuje Pan przyjścia do Stali?
- Żałować nie żałuję, choć nie ukrywam, że dojazdy są często męczące. Ale skoro razem z niektórymi piłkarzami zdecydowaliśmy się pracować w Rzeszowie, to ze względu na chęć odniesienia ze Stalą sukcesu. Wkładamy maksimum zaangażowania, maksimum ambicji. Przed sezonem miałem wiele propozycji pracy - od drugiej do czwartej ligi - zdecydowałem się na Rzeszów i nie narzekam.

- Bierze Pan pod uwagę "przewietrzenie" składu przez zimę?
- Jeśli uda się znaleźć lepszego zawodnika niż jest, wtedy to ogniwo zostanie wymienione. Jeśli natomiast nie ma następcy,  trzeba udoskonalać tego, który jest i dopiero w ostateczności wyrzucić.

- Są w takim razie na oku zawodnicy lepsi od dotychczasowych? Kogo chciałby Pan przez zimę sprowadzić?
- Oczywiście, że są. Niedługo okaże się, czy uda się ich pozyskać. Rozglądam się za pomocnikami i obrońcą. Nie chciałbym jednak jeszcze podawać do wiadomości publicznej konkretnych nazwisk. Ważna jest obrona, co pokazał przykład Stalowej Woli w zeszłym sezonie. Postaramy się kogoś pozyskać. Poza tym do gry powróci Sylwester Sikorski.

- Kto kwalifikuje się do "odstrzału"?
- Zdecydowanie za wcześnie jest na podawanie konkretów. Bez wątpienia są piłkarze, którzy nie spełnili moich oczekiwań. Pamiętać należy, że w drużynie powinno być około dwudziestu ludzi do grania. Jesienią było 15. A teraz jeszcze dojdą kary za kartki. Już w pierwszym wiosennym meczu zabraknie Drozda i Tatary muszących przymusowo pauzować.  

- Będzie miał Pan wolną rękę w przeprowadzaniu transferów?
- Myślę, że tak. W każdym szanującym się klubie to trener dobiera sobie zawodników. W okresie letnim było trochę inaczej, bo do Stali trafiłem na krótko przed rozpoczęciem rozgrywek. Skład wykrystalizował się dopiero w czasie rundy. Teraz powinno być spokojniej.

- Widzi Pan wśród młodzieży kogoś, kto może wiosną stanowić trzon zespołu?
- Obejrzałem kilka występów juniorów starszych. Ciekawą postacią jest napastnik Bereś czy Jędryas. Z pierwszą drużyną trenował poza tym Pilecki, którego niestety dopadła kontuzja. Jest paru przyszłościowych zawodników, na których warto zwrócić uwagę.

- Na wiosnę do gry powinni być już zdolni Kobos i Wójcik. Jak duże nadzieje wiąże Pan z ich powrotem do składu?
- Szczerze mówiąc ja jestem bardzo ostrożny w takich prognozach. Z własnego doświadczenia wiem, że rehabilitacja po urazie stawu kolanowego trwa bardzo długo i nie ma gwarancji dojścia do pełnej sprawności sprzed kontuzji. Trzeba dopiero się przekonać, czy kolano wytrzyma obciążenia treningowe. Jeśli to przebiegnie pomyślnie, należy jeszcze odzyskać formę, którą się prezentowało, a to takie proste nie jest. Zarówno Kobos, jak i Wójcik to byli zawodnicy wiodący. Bez wątpienia przydaliby się w drużynie. Ale zobaczymy jak sprawy się potoczą.

- Jeśli jednak wszystko przebiegnie pomyślnie to wygląda na to, że Stal będzie miała "atak marzeń". Konkurencja nie będzie zbyt duża?
- Karol byłby idealny na pozycję ofensywnego pomocnika, Kobos też może grać nieco cofnięty. Zdrowa rywalizacja nikomu nie zaszkodziła. A ja miałbym świetne pole manewru. Z tym, że naprawdę ja w kwestii ich powrotu do pełnej formy jestem bardzo ostrożny.

- Drużyna z takim potencjałem, po sumiennym przepracowaniu zimy powinna być nie do ugryzienia...
- Za Stalą Rzeszów przemawiają tradycje, historia, ale potencjał sportowy i organizacyjny w na przykład Kolejarzu czy Motorze mniejszy na pewno nie jest. Dlatego nie twierdziłbym, że będziemy nie do ugryzienia. Górnik Wieliczka, o którego obliczu decydują tacy piłkarze, jak Gruszka czy Musiał wywodzący się z krakowskich klubów, czy słynący z dobrej pracy z młodzieżą, grający bez obciążeń Hutnik też będą groźni. Nieprzewidywalne są dwie drużyny rezerwowe: Wisły i Korony. One mogą pokonać każdego, są często wzmacniane zawodnikami z ekstraklasy. Ale może to korzystna sytuacja, bo liga nie będzie nudna i jednostajna.

- Któraś drużyna oprócz liderującego Motoru wywarła za sprawą swojej gry jakieś specjalne wrażenie na Panu? Kogo przede wszystkim się Pan obawia przed rundą rewanżową?
- Generalnie w lidze poziom się wyrównał. Może niekoniecznie w górę, ale jednak. Busko potrafi w dziesiątkę wygrać w Sanoku 3-1, po tygodniu my jedziemy do Buska i ich gromimy. Jednym słowem każdy może wygrać z każdym. Do każdego meczu trzeba podchodzić z szacunkiem, ale bez bojaźni. Uważać trzeba na całą prowadzącą piątkę, szóstkę i tak jak wcześniej wspomniałem drużyny rezerwowe. Tym bardziej, że gramy z nimi mecze wyjazdowe i gospodarze ustalając dzień i godzinę rozpoczęcia meczu, wezmą pod uwagę piłkarzy z pierwszego zespołu.

- Reasumując, wiosną walczymy o awans...? Nie tylko Pan przejawia zainteresowanie grą w drugiej lidze?
- Oczywiście, że nie tylko ja. I zawodnicy i działacze również. Będziemy walczyć, postaramy się popełnić jak najmniej błędów i zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by cel osiągnąć. Teraz przyszedł czas na wytężoną pracę i odrobienie strat wiosną.

- A teraz z nieco innej beczki. Może powiedziałby Pan coś o swoich dotychczasowych dokonaniach trenerskich i zawodniczych...?
- Jako piłkarz, obrońca lub defensywny pomocnik, w drugiej lidze debiutowałem w wieku 17 lat i jednego miesiąca. Grałem w reprezentacji Polski juniorów. Niestety przytrafiła mi się dosyć szybko kontuzja stawu kolanowego - zerwałem więzadła. Przeszedłem trzy operacje. Niestety "technika operacyjna" pozostawiała wtedy wiele do życzenia. Wszystko krojono, a nic nie zszywano. Przez 8 miesięcy nie mogłem normalnie chodzić. Grę musiałem zakończyć w wieku 21 lat. Zdążyłem w tym czasie znaleźć się na liście "Piłki Nożnej" wśród największych talentów do 20 roku życia razem z Bońkiem, Nawałką, Iwanem, Majewskim, Motyką... Później zacząłem pracować z młodzieżą, ale także z seniorami jako asystent trenera Gąsiora, z trenerem Kocąbem. W 1992 roku wraz z Gąsiorem awansowaliśmy ze Stalą Stalowa Wola do pierwszej ligi. Parę spotkań  prowadziłem w pierwszej lidze sam. Następnie czwartoligowe rezerwy i dostałem propozycję przejęcia pierwszej drużyny, która była na przedostatnim miejscu w tabeli drugiej ligi. Wahałem się, ale propozycję przyjąłem. Z różnych względów, także pozasportowych, utrzymać się nie udało. Po spadku zostałem nadal trenerem i awansowaliśmy po raz kolejny. Ściągnięto trenera Palika, ale nie uśmiechała mi się praca jako jego zastępca, więc zrezygnowałem z większych pieniędzy i się nie zgodziłem.

- Będąc szkoleniowcem wzoruje się Pan na pracy jakiegoś sławnego trenera?
- Kiedyś próbowałem, ale nie zawsze mi to wychodziło. Zawsze chciałem być spokojnym, zrównoważonym trenerem, ale jednak często emocje biorą górę. Każdy trener podpatruje rozwiązania taktyczne stosowane w innych drużynach, jednak ich wcielenie w życie zależy od zawodników, których się posiada, więc niektóre posunięcia są po prostu koniecznością.

- Dziękujemy za rozmowę.
- Dziękuję.

(stal_rzeszów, Sąsiad Byłego Trenera)

REKLAMA
reklama