Oby tak dalej!

1 Października 2006, godzina 10:51, autor:

Żyjący wciąż zwycięstwem w rozgrywkach pucharowych nad Legią Warszawa kibice sanockiej Stali przed meczem prorokowali tryumf ich drużyny także

Żyjący wciąż zwycięstwem w rozgrywkach pucharowych nad Legią Warszawa kibice sanockiej Stali przed meczem prorokowali tryumf ich drużyny także w ligowym pojedynku ze swoją rzeszowską imienniczką. Jednak nic z tych rzeczy. Biało-niebiescy w przeciwieństwie do mistrzów kraju podeszli do spotkania z gospodarzami poważnie i z pełnym zaangażowaniem walczyli na zielonej murawie stadionu przy Żwirki i Wigury. Rzeszowianie zagrali mądrzej, wykazali się większymi umiejętnościami i kulturą gry. Gdyby nie zmarnowane sytuacje rozmiary victorii byłyby bardziej okazałe, a przede wszystkim uniknęlibyśmy niepotrzebnej nerwówki w końcowych fragmentach gry spowodowanej nieodpowiedzialnym zachowaniem Krzysztofa Majdy.
Początek pierwszej części spotkania sprawiał wrażenie wzajemnego badania sił. Obie jedenastki grały ostrożnie, obawiały się podjąć ryzyko. Przyspieszać grę próbował aktywny Łukasz Szczoczarz, który jednak często "łapany" był na pozycji spalonej. Pomysłem miejscowych na rozgrywanie pierwszej połowy było wykorzystywanie faktu, iż Rafał Pomianek jest mocno oślepiony przez słońce i oddawanie groźnych strzałów z dystansu. Były to jednak uderzenia za każdym razem w sam środek bramki i doświadczony rzeszowski golkiper nie miał większych kłopotów z ich wyłapaniem. Stal Rzeszów parokrotnie próbowała konstruować grożne ataki. W dwunastej minucie w idealnej okazji mocno niecelnie głową strzelał Paweł Wtorek, później z podobnym efektem Marek Drozd uderzał półwolejem z 20 metra w 25. minucie, a Szczoczarz po wyprzedzeniu obrońców w 37, zaś Wolański i Drozd w międzyczasie nie potrafili trafić w piłkę w dwukrotnym zamieszaniu pod bramką sanoczan. Martwił jednak mimo optycznej przewagi fakt, że Stalowcy zamiast grać "dołem" i spokojnie "klepać rywala" zbyt często posyłali górne piłki w kierunku graczy formacji ofensywnych z pominięciem drugiej linii.

Po przerwie kwestią czasu było potwierdzenie wyższości na boisku przez rzeszowian. Krótko po wyjściu z szatni świetnym strzałem z półobrotu popisał się Wtorek, jednak piłka po jego uderzeniu minęła lewy słupek bramki Pietrzkiewicza. Gdy wydawało się, że gra się nieco wyrównała i jej tempo opadło, w 56. minucie Damian Wolański dograł mimo asekuracji dwóch obrońców dokładną piłkę z lewej flanki do nadbiegającego na 30 metr Szczoczarza, który uciekł sanockim defensorom i znalazł się w wybornej sytuacji. Nie zdecydował się na strzał z 16 metra, zszedł natomiast nieco ku linii końcowej i precyzyjnym uderzeniem po ziemi pokonał młodego bramkarza z Sanoka. Siedem minut później popularny "Szczota" mógł postawić "kropkę nad i". W sytuacji sam na sam po ładnym zgraniu piłki przez Tatarę posłał ją tuż przy lewym słupku. Niestety po jego zewnętrznej stronie. Wtedy z podopiecznych Piotra Brzezińskiego jakby uszło powietrze. Pogromcy mistrzów Polski zaczęli przejmować inicjatywę. W 67. minucie groźnie zza pola karnego uderzał Gryboś, jednak Pomianek końcami palców przeniósł piłkę nad poprzeczką. W odpowiedzi Wolański popisał się rewelacyjnym dryblingiem, ograł blok defensywny sanoczan, uderzył jednak zbyt lekko. Chwilę później Wtorek w idealnej sytuacji nieumiejętnie lobował Pietrzkiewicza. 81. minuta mogła zaś być brzemienna w skutkach dla gości. Krzysztof Majda zwlekał z wybiciem piłki, stracił ją, a potem ręką wygarnął ją spod nóg Nikodego. Drugie "żółtko", a w konsekwencji czerwony kartonik spowodował, iż w szeregi zespołu wkradła się odrobina nerwowości. Podopieczni Ryszarda Federkiewicza, opadający z każdą minutą coraz bardziej z sił byli jednak w stanie tylko raz poważnie zagrozić Pomiankowi, który dzięki fenomenalnej paradzie sparował na rzut rożny piekielnie mocne uderzenie Niemczyka z 30 metra.

Po końcowym gwizdku radości wśród biało-niebieskich nie było końca. Skromne, ale jak najbardziej zasłużone trzy punkty zostały zaksięgowane. Cieszy coraz lepsza, ambitniejsza postawa poszczególnych piłkarzy, którym wreszcie nie można zarzucić braku zaangażowania. Martwią natomiast rozregulowane celowniki w dogodnych okazjach do zdobycia gola. Szkoda także, że dosyć bezmyślnie zachował się tak doświadczony zawodnik jak Krzysztof Majda. Trzecia i czwarta żółta kartka na jego koncie oznacza, iż będzie musiał pauzować podczas kolejnego meczu wyjazdowego - już za tydzień w Dębicy.

Trafne natomiast okazują się posunięcia trenera, który Marka Drozda przesunął na prawą obronę, zaś młodych Tatarę  i Wolańskiego wystawia na skrzydłach. Szczególnie ten ostatni za każdym razem potwierdza, że drzemią w nim naprawdę nieprzeciętne umiejętności i ogromny talent. Po lekkim urazie na początku rozgrywek w drużynie odnalazł się już szybki i waleczny Łukasz Szczoczarz, będący postrachem każdej formacji defensywnej w lidze. Reasumując, z każdym meczem jest coraz lepiej, drużyna się zgrywa i coraz bardziej rozumie. Oby tak dalej!

(stal_rzeszów)

REKLAMA
reklama