Drużyna gra poniżej naszych oczekiwań

14 Września 2006, godzina 10:59, autor:

Rozmowa z Jackiem Szczepaniakiem - prezesem Sekcji Piłki Nożnej ZKS Stal Rzeszów - o ostatnim meczu, postawie zespołu, karach finansowych, p

Rozmowa z Jackiem Szczepaniakiem - prezesem Sekcji Piłki Nożnej ZKS Stal Rzeszów - o ostatnim meczu, postawie zespołu, karach finansowych, polityce transferowej oraz przyszłości Pawła Kloca i trenera Piotra Brzezińskiego.

 - Jak podobała się Panu gra Stali w Lublinie?
 
 - Mogę powiedzieć tak: na pewno pierwszą połowę zagraliśmy słabo. Po niezłych pierwszych pięciu, dziesięciu minutach, daliśmy sobie narzucić styl gry Motoru. Bramka dla gospodarzy była przypadkowa, padła chyba po rykoszecie.
To niestety sprawiło, że nasza drużyna się troszeczkę cofnęła. Motor to wykorzystał i próbował akcji ofensywnych, które raz za razem udawało im się wyprowadzać. W drugiej części w jakiś sposób mecz się wyrównał, próbowaliśmy przejąć inicjatywę, wychodziło to jednak z miernym skutkiem. Dopiero po stracie drugiej bramki (po kontrze) i wprowadzeniu rezerwowych zawodników - Szczoczarza i Jabłońskiego - gra ofensywna zaczęła się u nas jakoś zazębiać. Myślę, że przynajmniej ta końcówka jest jakimś minimalnie pozytywnym prognostykiem na przyszłość.

 - Nie ma Pan zastrzeżeń do pracy sędziego, który kilkakrotnie podejmował dość niefortunne decyzje?
 
 - Uważam, że sędzia za mocno sprzyjał miejscowym. Samo doliczenie dwóch minut i zakończenie meczu po minucie, przy tylu zmianach i przerwach w grze zastanawia... Albo puszczenie trzymetrowego spalonego, po którym o mały włos nie straciliśmy bramki na 0-3. Sędziowanie w drugiej połowie bardzo mi się nie podobało. Ale to oczywiście naszej słabej postawy w meczu na pewno nie usprawiedliwia.

 - Czy któryś zawodnik szczególnie zawiódł?
 
 - Nie będę oceniał indywidualnie. Uważam, że ten zespół na dzień dzisiejszy nie stanowi na pewno kolektywu na boisku. Z pewnością zawodnikom chciało się bardziej niż w meczu z Koroną. Nie jest to jednak jeszcze to, czego byśmy oczekiwali. Gra drużyny nie jest jakaś porywająca. My wymagamy lepszej, skuteczniejszej gry. Wszyscy od nas tradycyjnie oczekują cudów, zwycięstw w każdym spotkaniu. My byśmy też chcieli, ale to nie takie proste.

 - Mówi Pan, że zespołowi "chciało się bardziej". Czy to konsekwencja surowych kar finansowych?
 
 - Tak, drużyna miała zapowiedziane kary finansowe po meczu z Kolporterem. Nie poskutkowały jednak, gdyż jest kolejna porażka. Widać taki na dzisiaj jest nasz potencjał... Dalej się będziemy przyglądać i decydować czy będziemy je zwiększać, czy też odwrotnie.

 - Siedem kolejek za nami, aż dziewięć punktów straty do lidera. Czy liczy Pan na to, że jesienią uda się jeszcze wypracować sobie taką pozycję w tabeli, żeby na wiosnę móc w ogóle myśleć o jakichś ambitnych celach?

 - Ja od początku mówiłem, że najpierw musimy zakończyć rundę jesienną, a dopiero potem będziemy myśleć o celach. Gramy zespołem, który ma siedmiu czy ośmiu nowych zawodników. Nie do końca wszystkie nasze transfery były spowodowane tym, że tak chcieliśmy postąpić. Część musieliśmy, część została wymuszona kontuzjami, część odejściami, tak jak na przykład Łuczyka do wyższej ligi czy Ogara, który chciał być bliżej swojego miejsca zamieszkania. Za dużo zmian było jak na lato. Wielokrotnie powtarzałem, że ten zespół jest wielką niewiadomą. Nie wiadomo było, czy on zaskoczy. Dzisiaj wiemy na pewno, że gra poniżej naszych oczekiwań. Spodziewaliśmy się, że nie będzie wygrywał meczu za meczem, ale liczyliśmy na coś więcej. I tak jak Pan mówi - dziewięć punktów straty do lidera po siedmiu meczach to jest bardzo dużo.

 - Czyli letnia polityka transferowa nie do końca wypaliła?
 
 - Mi się wydawało, że stworzyliśmy zawodnikom niezłe warunki, skompletowaliśmy skład taki, na jaki nas było stać. Nie zgadzam się z opiniami, że nakupowaliśmy czy naściągaliśmy niewiadomo kogo. Tutaj żaden z zawodników poza młodzieżowcem nie jest kupiony. Wszyscy są z naszego regionu, z naszego otoczenia. Nikt nie dojeżdża, nie mieszka po hotelach. Także nie jest to armia zaciężna, jak rozpisuje się na przykład Dziennik Polski. Nie jest to szczyt marzeń, ale na lepszych nie ma pieniędzy. Ci, którzy są, nie obciążają dodatkowo naszego budżetu, a są najlepsi, spośród tych, którzy grają w regionie.
 
 - W przerwie meczu w Lublinie doszło do swego rodzaju "historycznej zmiany". Paweł Kloc zszedł z boiska. Czy jest to jakiś znak, że jego czas jako lidera, rozgrywającego dobiega powoli końca?
 
 - To pytanie należałoby zadać trenerowi. Już w ubiegłym tygodniu były próbowane różne warianty z tym związane. W Lublinie za Kloca wszedł Wtorek i moim zdaniem się spalił. Grał można powiedzieć poprawnie, ale w międzyczasie zdążył beznadziejnie i bezmyślnie "wyciąć" przeciwnika ze trzy razy, z czego raz mu się upiekło i sędzia nie zareagował. W każdym razie sam się prosił o tę czerwoną kartkę. Trochę zachował się jak jeździec bez głowy.

 - Nie planuje Pan w przerwie zimowej sprowadzić kogoś kto godnie zastąpi Kloca i umiejętnie pokieruje grą zespołu? Bo jednak oglądając dotychczasowe mecze, dziura między obroną i atakiem jest aż nadto widoczna...
 
 - Widzimy potrzebę wzmocnienia tej pozycji, ale to nie jest takie proste. Ciężko jest w naszym otoczeniu znaleźć dobrego środkowego pomocnika z jakiegoś klubu czwartoligowego. A na ściąganie piłkarzy z Polski po prostu nas nie stać. Jednak cały czas się rozglądamy za kimś takim i szukamy kogoś takiego. W tym roku postawiliśmy na Wtorka jako alternatywę dla Kloca. W tamtej rundzie też próbowalismy pozyskać takiego zawodnika. Gdy wydawało nam się, że mamy to wyjechał do pracy do Niemiec (chodzi o Pawła Szafrana - przyp. stal_rzeszów).  

 - Pozycja trenera jest natomiast niezagrożona?
 
 - Z trenerem mamy podpisaną umowę, ale nigdy nie można mówić, że pozycja jest niezagrożona. Natomiast na pewno nie będziemy robić żadnych gwałtownych ruchów przed następnym meczem, bo musimy dać trenerowi jakąś szansę. On pracuje z tym zespołem niepełne dwa miesiące. Należy mu się kredyt zaufania.
 
 - Dziękuję za rozmowę.

 - Dzięki.

(stal_rzeszów)

REKLAMA
reklama